To wstępne oglądanie, ze szczegółami opowiemy kiedyś, u nas. Na razie szykujemy się do święta parafialnego, na które zapraszamy.
A fotki tutaj
Buziaki
Dziś bardzo dużo (zdecydowanie za dużo) czasu spędziliśmy na dojazdach.
Pierwszym obowiązkowym dla nas punktem był spacer specjalną ścieżką w koronach drzew, z której można podziwiać widok dżungli z góry. Ścieżka naprawdę pomysłowa i bardzo fajna. Sam park super komercyjny - trzeba płacić za wszystko - za wejście do parku, za wejście na ścieżkę, za aparat foto, za wejście na basen itd.
I znów okazało się, że mieszkanie w galerii handlowej ma swoje bezdyskusyjne plusy. Po pierwsze, żywność dostępna do 22.00 - udało nam się zjeść miłą chińską kolację. Co prawda znów w ramach warzyw było jakieś zielsko, ale przynajmniej dobrze przyprawione:). A teraz Daniel z czystym sumieniem porzucił mnie w kafejce internetowej (za 1.5 rubla za godzinę!!!) - i poszedł przyłożyć głowę do poduszki. No wiec to kolejny plus mieszkania w supermarkecie. Jeśli dodać do tego dostępność dużego sklepu typu Auchan i możliwość wyjścia doń w kapciach - cóż, powinni bloki mieszkalne robi
ć w galeriach handlowych:)
Atrakcją dzisiejszego dnia były paskowane rybki, które oglądaliśmy na żywo na wyspie, na której byliśmy.
Niestety końcówka naszego pobytu na wyspie była bardziej hardkorowa - akurat, kiedy siedzieliśmy na łódce, zaczęło strasznie padać. Skutkiem czego krople deszczu siekły nas po twarzy jak kryształki lodu i zmokliśmy. Nie było to jednak takie złe, mieliśmy kurtki i deszcz był bardzo ciepły. Niestety w autobusie do hotelu, który godzinę krążył po mieście, była ustawiona... klimatyzacja. Chyba na 18 stopni - wobec czego dziko zmarzliśmy (mieliśmy mokre włosy i częściowo ubrania).
Rankiem, jeszcze w Kuching, szybciutko pojechaliśmy do sanatorium dla orangutanów, żeby zobaczyć je na żywo podczas karmienia. Niestety o 9.00 żaden nie omieszkał się pojawić, mimo nawoływań strażników rezerwatu, w którym byliśmy. Trzeba było dobrych 30 minut, żeby drzewa w okolicy zaczęły dziwnie się trząść i osypywać i żeby pośród nich pojawiły się włochate, rude kształty.
Karmienie odbywa się na specjalnej drewnianej platformie, gdzie pracownicy parku wykładają przygotowane wcześniej owoce i jajka. Obecnie niestety (czy może tez stety) większość orangutanów z powodu sezonu owocowego nie przychodzi na karmienie, gdyż same sobie radzą w dzikim lesie.
Nasze godzinne spotkanie z orangutanami skończyliśmy i ruszyliśmy na lotnisko, żeby przylecieć do Kota Kinabalu - jeszcze dalej na wschód wysuniętym mieście Malezji. Uwaga, praca domowa - na załączonej mapce należy odnaleźć Kuching i Kota Kinabalu i zorientować się, gdzie teraz jesteśmy:). W Kuchning byliśmy od poniedziałku, od dziś jesteśmy w Kota Kinabalu - to takie przypomnienie...
Całkiem długie mają te domy:)
Plemię zajmuje się głównie uprawą ryżu (czego przykład widzieliśmy na werandzie - ryż suszył się właśnie), z czego 150 kg rocznie rodzina musi zapłacić za naukę dziecka w szkole. Dzieci uczą się w szkołach z internatem oddalonych kilkanaście kilometrów od domu. Jedzą też to, co upolują - głównie małpy i dzikie świnie. Hodują też pieprz, który sprzedają Chińczykom.
Dzis gospodarze powitali nas winem z ryzu, ktore bylo bardzo smaczne. Potem zatanczyli tradycyjny taniec - do ktorego na koniec i nas zaprosili:). Taniec byl dosc prosty i wygladalo na to, ze troche im sie nie chce:). Ale ubrani byli w tradycyjne stroje, a i nam uzyczyli swoich piorpuszy.
Na dziś mieliśmy ambitny plan - odwiedzenia z samego rana wież Petronas, i dojechania na 16.00 na samolot - a w międzyczasie zjedzenia, zrobienia zakupów i napisania bloga (na co nie było czasu i okazji wczoraj). 
Środa była dla nas kolejnym dniem leniwca. Ale zaczęliśmy ambitnie - wstaliśmy wcześnie, żeby zdążyć popływać - tym razem w basenie. Daniel nie jest zbyt chętny do wczesnego zrywania się, ale tym razem pozazdrościł mi możliwości pływania:) Na basenie tym razem nikt nas za nic nie ganiał, a pan, którego podejrzewałam o zapędy policji obyczajowo-kostiumowej chciał tylko nam zrobić zdjęcie. 
Och, co za emocjonujący dzień:). Wczoraj nie byliśmy pewni, czy warto stąd się ruszać, bo trudno się wydostać z tego luksusowego gniazda os. Zaryzykowaliśmy jednak taksówkę do Lumut (50 ringitów, połowa kolacji:). Z Lumut promem popłynęliśmy na wyspę Pangkor. Tam mieliśmy jeździć rowerem, ale wszyscy doradzali motorynkę, takiego naszego Komara, wiec... kto nie ryzykuje ten nie jedzie:).
Komarek marki Honda w nienaruszonym stanie odstawiliśmy około 16.00 do właściciela i wróciliśmy do Lumut. Tu udało nam się zjeść jakieś chińskie wynalazki za 13 ringitów (!!!) - co po przedwczorajszej kolacji od razu o wiele lepiej nam smakowało!!! Potem szybkie zakupy na jutrzejsze śniadanie.
Wreszcie udało się nam zażyć trochę słońca. Cały dzisiejszy dzień bez Chrisa (który nocuje gdzie indziej) spędziliśmy na plaży. Ale może po kolei:)
Dziś za to wybraliśmy się na śniadanie w ramach hotelowego pakietu - poświadczywszy to bonem, który dostaliśmy pierwszego dnia - z napisem - "breakfast - 2 adults - garden terrace - till 4.11 - podpis". Jak już nakładliśmy pełne talerze tutejszego śniadaniowego jedzenia, to przemiła pani oznajmiła nam, że śniadanie nam nie przysługuje i musimy za nie zapłacić. A to co nam wydawało się podpisem na bonie, było PRZEKREŚLENIEM. Cóż, płacz i płać, jak mawiają. I kolejna niespodzianka - wyniosło nas to 70 tutejszych złotych (ringitów) - mniej więcej 50 na nasze!!!!!!! Za śniadanie? Chyba musiałoby być pozłacane, żeby było tyle warte. Od razu przestałam być głodna;)
Odrobinę zatem zniesmaczeni poszliśmy wreszcie na plażę. Na plaży - raj. Po pierwsze - zero ludzi (z tego, co mówił Chris, tutejsi w ogóle się nie kąpią i nie chodzą na plażę). Leżaki i parasole tylko dla siebie (choć zastanawialiśmy się, czy za chwilę spod ziemi nie wyrośnie pani i nie każe płacić, powiedzmy, 60 ringitów:), woda super ekstra ciepła, palmy rosnące wokół, dające przyjemny cień - BOMBA. Spędziliśmy tak cały dzień taplając się w wodzie, delikatnie wystawiając się na słońce i czytając nasze książkowe zapasy. Delikatne wystawianie na słońce ma swoje nieco negatywne skutki - szczególnie Daniel ubolewa, bo przybrał barwy narodowe (biało-czerwone:).
No i te muzułmańskie ograniczenia. Kąpiąc się i opalając w bikini czułam się dość nieswojo i raczej trzymałam się z daleka od ludzi. Ale jacyś małoletni chłopcy, albo kolesie z obsługi gapili się ciągle, jakby nie wiadomo co się działo - zastanawiałam się, czy policja obyczajowa nie przyleci i nie każe mi zmienić stroju kąpielowego na jednoczęściowy, bo taki jest zgodny z regulaminem.
Wczorajszy super dzień zakończyliśmy wykwintną kolacją u cioteczki Chrisa, tej, na którą obraziła się jego mama. Trochę się zszokowałam, jak tam weszłam. Najpierw przywitały nas psy, które oczywiście nie gryzą. W liczbie trzech. Na dobry początek "my father's drinking friend", jak go nazywa Chris - który akurat był też na kolacji u cioteczki - nalał nam whisky z czymś tam. Że ja fanką tego akurat napoju nie jestem, to niezbyt mi szło. Ale mieliśmy okazję poprowadzić miłą konwersację o wszystkim i o niczym - człowiek uczy się dyplomacji na takich wyjściach:).
Ale co mnie zaszokowało, to wystrój domu. Chris wspominał, że cioteczka jest katoliczką, ale powaliła mnie ilość wizerunków Chrystusa porozwieszanych na ścianach. Chrystus wyszywany, w formie dywanu, anioł stróż krzyżykami, różaniec wielkości liny do statku, figurka Maryi z odkręcaną głową, Chrystus z promieniami, kalendarz z Chrystusem - do tego wystrój wnętrza w stylu kolonialnym, biało-różowe zasłony, ciemne, rzeźbione meble, plastikowe krzesła w jadalni i świetlówki... Przeżyłam szok kulturowy:)
Po whiskowym wstępie ciocia zaprosiła nas do jadalni, gdzie zobaczyliśmy szwedzki stół z 13 dań. Kraby, krewetki, kurczak, makaron indyjski - wszystko oczywiście dziko ostre. I do tego my z brakiem umiejętności spożycia takich rzeczy. Ale tu wszystko jest proste - kraba przeżuwa się w całości (z korpusem), a resztki niejadalne wypluwa w postaci papki, makaron indyjski z sosem najlepiej jeść palcami i ogólnie widelec to niepotrzebny zbytek. Oczywiście, jak można się spodziewać, nażarliśmy się jak prosięta i ledwo dotoczyliśmy się do domu. Ciocia zapraszała nas na lancz, kiedy tylko będziemy mieć chwilę czasu - więc być może ją odwiedzimy. Chris po dwóch whisky dzięki Bogu szczęśliwie dowiózł nas do domu swoim białym protonem.