niedziela, 8 listopada 2009

Samochod na kablu

W sobotę ktoś jednak wymodlił poprawę pogody - przestało padać. Więc bladym świtem (czyli o 10.20:) wyruszyliśmy na dalszą część zwiedzania wyspy Langkawi. Największą tutejszą atrakcją jest geo-park, wpisany na listę Unesco. Park najlepiej jest podziwiać za pomocą kolejki górskiej - zwanej tutaj cable car.

Do kolejki wchodzi się przez "oriental village" - ale jeśli tak wyglądają tutejsze wioski, to ja duch święty jestem. Typowo turystyczny wytwór, gdzie w pseudo orientalnych chatach znajdują się sklepy i kafejki.

Do cable car musieliśmy odstać w kolejce, ale i tak tylko dzięki włączeniu trybu esgieh udało nam się zdążyć przed dwudziestoosobową wycieczką ciemnych facetów. Do wagonika takiej kolejki wsiada 6 osób - kolejka najpierw wjeżdża na górę, na wysokość około 600 m, a potem jest część druga - przejazd miedzy dwoma szczytami - do wysokości około 700 m. Widoki oszałamiające, piękne wyspy wokół, wysokie góry - cudo. Do tego dwa punkty widokowe i most podwieszany, jako dodatkowa atrakcja. Całość nowa, dobrze utrzymana i super zorganizowana. Warto było zapłacić 38 tutejszych złotych:).

Jako drugą część atrakcji wybraliśmy wejście na górę, do punktu startowego wodospadu Seven Wells. Było dziko gorąco, chociaż szliśmy lasem, a wokół nas skakały małpy. Wejście nie było łatwe, szczególnie w tę pogodę, ale było warto. Wodospad na samej górze, kiedy jeszcze nie jest wodospadem, uformowany jest w postaci kilku zagłębień, między którymi przepływa strumień, który niżej przekształca się w wodospad. Daniel nie omieszkał zamoczyć się w każdej ze "studni", ja nie miałam ochoty bawić się w przebieranie, więc zadowoliłam się moczeniem nóg:). Ale było warto.

Schodząc na dól zajrzeliśmy jeszcze do wodospadu - czyli widoku z dołu - gdzie Daniel również się kąpał. Nauczony smutnym doświadczeniem, obficie smarował się kremem do opalania z dużym filtrem.

Samochód mieliśmy tylko do 15, więc po drodze szybko zatrzymaliśmy się jeszcze na coś do zjedzenia. Tu spotkała nas smutna niespodzianka - to, co miało kosztować 16 zł, kosztowało tyle, ale ... za 100 g:). Całe szczęście mój "tani" makaron zamortyzował ten upadek:)

Jak już oddaliśmy samochód w wypożyczalni w hotelu, przejechaliśmy taksówką do miasteczka, bo samolot mieliśmy dopiero o 22.40. Tu zwiedziliśmy wielkie akwarium underwater world, gdzie byliśmy ostatnimi gośćmi i ochroniarze chodzili za nami krok w krok słuchając głośno radia w telefonie i podśpiewując coś pod nosem. Ale obejrzeliśmy różne rybki, rekinki, pingwinki i papugi w symulacji lasu tropikalnego. A potem spędziliśmy upojne dwie godziny na lotnisku:). Gdzie oczywiście było zimno jak cholera, z powodu klimatyzacji, więc ja siedziałam w kurtce i kapturze, otwarcie manifestując, co myślę o tym systemie, a Daniel się przesiadł, bo powiedział, że obciach mu robię.

Atrakcji na ten dzień byłby koniec, gdyby autobus, którym jechaliśmy z lotniska do Kuala (70 km) nie zepsuł się w połowie drogi. Po 45 minutach czekania na środku jakiejś autostrady podstawili drugi i już o 2.30 byliśmy w domu. Muszę tu wspomnieć, że Chris odebrał nas z autobusu, i czekał biedak tę godzinę, na nic się nie skarżąc. Jest bardzo gościnny i bardzo się o nas troszczy. Co więcej, przygotował dla nas ucztę z indyjskiego jedzenia - naleśnika z kurczakiem i ryżu z sosami i mięsem, popijanego 12% piwem (masakra!). O 4.00 rano skończyliśmy silą rozkminianie genezy prawosławia na ziemiach polskich na podstawie albumu Prawosławie w Polsce i umarliśmy śmiercią naturalną:)

Muszę powiedzieć, że w Kuala, w domu Chrisa, kiedy wracamy z wycieczek, czuję się prawie jak w domu:)

piątek, 6 listopada 2009

Why does it always rain on me...

Ech, nasze marzenia o poleżeniu na plaży spełzły na niczym. Od rana z nieba leją się hektolitry wody. Cóż, pewnie to lepiej niż w Polsce, gdzie przy okazji jest 5 stopni (u nas jest 25), ale jakoś mimo wszystko nas to nie satysfakcjonuje.

Do 14.00 żyliśmy nadzieją - że przestanie padać. Potem zwątpiliśmy i poszliśmy wypożyczyć samochód, żeby wyrwać się stąd gdziekolwiek.

Problem jest taki, że znów jesteśmy w ośrodku, który po prostu leży przy drodze - do najbliższego punktu, gdzie są jakieś sklepy itd., są jakieś 2 km. A do większego miasta - 16. Dlatego stwierdziliśmy, że nawet chodzenie po centrum handlowym jest lepsze niż siedzenie w pokoju - szczególnie, że ja już przeczytałam wszystkie książki:(.

Nie wiem dlaczego, ale od pewnego czasu mamy problem, żeby się dogadać z tutejszymi ludźmi. W sumie wszyscy mówią po angielsku, ale to chyba jakiś inny angielski jest. Ludzie maja tendencję do powtarzania jednego zdania po kilka razy bez względu na zadane pytanie. Na przykład w opisie potrawy występuje "chicken with mee" - to pytam panią, co to "mee", a ona mówi, że to fried chicken with mee (czyli smażony kurczak z mee) - no i się dowiedziałam. Albo mój ulubiony chicken satay - satay nie było w słowniku, do dziś nie wiem co to. Pani nie zrozumiała pytania:).

Dziś zapytaliśmy pana, czy samochód, który wynajmujemy, jest dostępny na miejscu, czy trzeba gdzieś dojechać. Pan odpowiedział - "a taxi". Zdumieni zapytaliśmy, czy naprawdę trzeba dojechać, a pan odpowiedział, że przed hotelem. Masz babo placek! I tak w kółko, cholery można dostać:).

No wiec dziś, jak już wypożyczyliśmy samochód, to Daniel musiał łapać zasadę jazdy lewostronnej i zmieniania biegów lewą ręką. Męczył się chłopak:). Całe szczęście do miasteczka było 16 km prostej dwujezdniowej drogi, wiec jechaliśmy prawie poboczem (lewym!) i wróciliśmy cało i zdrowo.

W mieście oczywiście nic nie dało się zrobić, bo non stop padało. Zjedliśmy w jakiejś knajpie ulicznej, gdzie ceny jedzenia były jednocyfrowe!!! Więc w ramach rozpusty dołożyliśmy sok ananasowy. Potem usiłowaliśmy zwiedzić centrum handlowe, ale mnie skutecznie przepędzały wpatrzone w moje ręce ekspedientki. Brakowało tyko zdania "jak się pani czuje w tym sweterku". Nie za bardzo generalnie jest tu na czym oko zawiesić, albo jakaś chińska badziewnia, albo sklep rodem z DUKA, w którym podkładki pod herbatę kosztują 100 zł.

Potem poszliśmy do centrum Kuah w poszukiwaniu jakiejś kawy, ale dziwnie wszystko było pozamykane. Znaleźliśmy jedną nawet fajną kafejkę, ale dali nam letnią kawę i niesmaczne lody.

Charakterystycznym punktem Kuah jest wielki orzeł, ustawiony na postumencie tuż przy molo, który "wita" gości od strony morza. Szliśmy do orła pieszo, co okazało się kilkukilometrowym marszem. Dodatkowo mieliśmy tendencję wybierania bocznych dróg, więc bez przerwy przeskakiwaliśmy jakieś rowy i ślizgaliśmy się w błocie.

Jak dotarliśmy do orła, było już ciemno - ale muszę powiedzieć, że odwalili tam niezłe disko polo. Orzeł zrywa się do lotu niby z drzewa, ale konar czy tez pień ma pod ogonem i długo zastanawiałam się, co autor miał na myśli...

A wokół sklepiki oświetlone w kolory tęczy...

Langkawi - czyli wyspa, na której teraz jesteśmy - to strefa wolnocłowa z niejasnych dla mnie powodów. Dlatego też tutaj jest sporo sklepów duty free, w których kupiliśmy trochę drobiazgów. Jakby ktoś chciał jakieś perfumy, dajcie znać:)
Przy okazji zauważyłam w sklepie ciekawą rzecz - na pudełku z jakimś przedmiotem było zdjęcie zabiedzonego, chudego niemowlaka. Przyjrzałam się ciekawie, zastanawiając się, czy to środek wczesnoporonny, czy jakiś cel charytatywny - okazało się to ostrzeżeniem na papierosach przed paleniem w ciąży:)

W centrum handlowym za to szłam do toalety, którą wskazywały dwa znaczki - dziewczynka i meczecik. Pod wejściem miałam chwilę wahania, bo nie wiedziałam, czy nie jest to przypadkiem damskie wejście do sali modlitwy - nie miałam ochoty wejść tam przypadkiem. Ale udało się - sala modlitwy i damska ubikacja sąsiadują obok siebie drzwiami, poza tym było na odpowiednich drzwiach napisane "toilet", wiec się nie pomyliłam...

Na jutro planujemy zamortyzować nasze wypożyczenie samochodu, czyli zjeździć cala wyspę. Może nawet trafi się chwila słońca, to spróbujemy się opalić. A potem- znów do Kuala. W niedzielę w ramach współpracy ekumenicznej wybieramy się na nabożeństwo do Kościoła malabaraskiego - tego, od księdza Filipa, wegetarianina.

Trzymajcie kciuki:)

czwartek, 5 listopada 2009

Dlaczego warto wcześnie wstawać...

Na dziś mieliśmy ambitny plan - odwiedzenia z samego rana wież Petronas, i dojechania na 16.00 na samolot - a w międzyczasie zjedzenia, zrobienia zakupów i napisania bloga (na co nie było czasu i okazji wczoraj).

Ambitny plan wymagał wstania wcześniej - więc Ania z domu Siegień posłusznie usłuchała budzika o 7.00. Daniel twierdził, że się wyrobi.

Ale jak to bywa - póki śniadanie, pakowanie, zmywanie inne poranne czynności - wyszliśmy z domu sporo po 9.00. Pod wieżami Petronas byliśmy o 10.15 - i co? Dostaliśmy bilety na 13.45 - za późno niestety.

Trzeba jednak przyznać, że z biletem czy bez, wieże wyglądają imponująco. W ogóle centrum Kuala to siedlisko wież i drapaczy chmur. Robi wrażenie:)

No więc na szybko uruchomiliśmy plan B i poszliśmy pieszo oglądać wieżę telewizyjną. Mankamentem był padający deszcz, ale mieliśmy parasol, więc się udało. Przy wieży od razu porwał nas autobus, dowożący pod wejście, więc zanim sprawdziliśmy warunki, już zabuliliśmy 38 rt za wejście na górę. Ale w porównaniu do poniedziałkowej kolacji.... to i tak niewiele:)


Z wysokości 270 m podziwialiśmy panoramę Kuala i naprawdę było warto. Co ciekawe, z góry miasto wygląda na bardzo zielone - jest dużo sporych kawałków lasu, parków, boisk itd. - tego się w sumie nie spodziewałam akurat w tym mieście... Wszystko jest zresztą super zorganizowane, a obsługa znów szalenie uprzejma - aż głupio o cokolwiek zapytać. Dodatkową atrakcją po zejściu z wieży był symulator F1 - ale okazał się podrasowaną grą komputerową. Wokół wieży natomiast jest parkolas - pozostałości oryginalnego lasu tropikalnego w mieście, teraz w formie rezerwatu. Można w nim spacerować kilkoma rożnymi ścieżkami, podziwiając roślinność i specyficzny klimat tego miejsca. Oczywiście na wejściu oblazły nas stada komarów, ale Daniela tajemnicza apteczka zawierała jakiś komaroff, więc nie było źle:)

A potem okazało się, że już musimy lecieć. Złapaliśmy w locie coś do jedzenia i wskoczyliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć na lotnisko. Na lotnisku 70 km od Kuala spędziliśmy uroczą godzinę w oczekiwaniu na lot Air Asia na Langkawi - wyspę na północy, po lewej stronie półwyspu.

I oto jesteśmy:) Przydreptaliśmy pieszo do hotelu, bo było blisko, ale chyba dość dziwnie wyglądaliśmy z plecakami idąc poboczem w turystycznym miasteczku, gdzie wszyscy jeżdżą taksówkami, bo wszyscy się za nami oglądali... A może to za mną w sumie;)

Niestety zastała nas ulewa, a plaża okazała się słaba, więc jutro być może poszukamy jakiegoś fajniejszego miejsca. Z atrakcji tutaj do obejrzenia są wodospady i kolejka linowa. Poza tym oczywiście plaże, hodowle rekinów i inne turystyczne atrakcje - ale jeszcze nie wiadomo, co wybierzemy - blokuje nas przede wszystkim komunikacja, bo po wyspie trzeba się jakoś poruszać, a nie widać tu było komarków:)

No i niestety nie wypali nasz planowany wypad na Pinang - wyspę oddaloną stad o 2,5 h drogi (wody). Okazało się, że prom jest o 14.30 i 17.30 - a nam potrzebny był poranny rejs, którego nie ma:( Oczywiście trudno mi zrozumieć sens takiego harmonogramu, ale chyba już nie wnikam:)

Na Langkawi jesteśmy do soboty, a potem znów wracamy do Kuala. A przyszły tydzień planujemy spędzić na Borneo, które to dziś musimy rozplanować, kierując się własną intuicją:)

To na dziś tyle, bo choć internet tańszy, to klawiatura pożal się Boże i połowę znaków mi zjada...

Pozdrawiamy wszystkich i trzymajcie kciuki:)

Buddyjska świątynia...

Środa była dla nas kolejnym dniem leniwca. Ale zaczęliśmy ambitnie - wstaliśmy wcześnie, żeby zdążyć popływać - tym razem w basenie. Daniel nie jest zbyt chętny do wczesnego zrywania się, ale tym razem pozazdrościł mi możliwości pływania:) Na basenie tym razem nikt nas za nic nie ganiał, a pan, którego podejrzewałam o zapędy policji obyczajowo-kostiumowej chciał tylko nam zrobić zdjęcie.

Po szybkim spakowaniu się i spożyciu na obiad zupy chińskiej (a jakże!) wróciliśmy jeszcze na plażę, już z bagażami, bo musieliśmy opuścić hotel. Tam oczekiwaliśmy Chrisa, który miał przyjechać o 1 lub 2. Przyjechał o 3:).

Specjalnie jechaliśmy do Kuala Lumpur przez Ipoh, czyli dookoła, żeby obejrzeć jakąś super interesującą świątynię buddyjską w jaskini. Niestety tempo jazdy Chrisa, jego spóźnienie, a także liczne przerwy nam to uniemożliwiły - jak zajechaliśmy na miejsce, było już zamknięte.


Ale plusem jest to, że udało nam się spróbować tutejszych egzotycznych owoców. Chris zawiózł nas na jakiś targ, gdzie biegając miedzy straganami nakupił nam jakichś dziwnych rzeczy. Na przykład czegoś, co smakowało jak ananas, a było do niczego nie podobne, ziemniaków, które smakowały jak gruszki i włochatych owoców smakujących inaczej niż wszystko:). Z takim ładunkiem plus porcja nie unijnych bananów (krótkich i krzywych) wyruszyliśmy w drogę powrotną do Kuala.

Droga szła nam średnio, bo ani proton, ani nasz kolega nie sprawowali się najlepiej. Proton rozmazywał cały czas coś po szybie, nawet jak nie padało. Chris miał problem z widzeniem pasów (bo padało), wiec ciągle jechał dwoma pasami. I mówił, że chce mu się spać. Trochę się bałam, ale Daniel wyluzowany drzemał na przednim siedzeniu.

Mieliśmy jeszcze 2 ważne rzeczy do załatwienia w Kuala - zobaczyć, gdzie jest stacja kolejowa i odwiedzić niejakiego Otto, który powie nam, co zobaczyć na Borneo.

Nasz przyjaciel wysadził nas przy ulicy i kazał iść za sobą. Zanurzyliśmy się w jakieś ścieżki między chatami, gdzie było totalnie ciemno, pełno było kałuż i jakichś śmieci. Nie wiedziałam, w co wdepnę:) Była to ścieżka do stacji kolejowej. Zastanowiłam się, czy ja kiedykolwiek swoich gości prowadziłam na dworzec tajemnymi ścieżkami na tyłach bud z żarciem na centralnym, czy starałam się pokazać w miarę prostą i oświetloną drogę? Nasz przewodnik nie brał jednak do głowy takich drobiazgów:). Na stacji jak blondynom (;) tłumaczył nam, jak dojechać do miejsca, gdzie jest Petronas Towers - które mieliśmy odwiedzić w czwartek rano. Zatrzymał jakiegoś pracownika stacji, z którym w dalszej kolejności począł rozkminiać wady polityki kolejowej obecnego rządu. Było to o 23.00!!!! Jak już się rozstaliśmy na stacji, pojechaliśmy do Otto. Otto to Amerykanin, który ożenił się z Malezyjką z jednego z plemion zamieszkujących Borneo. Obecnie wykłada na Uniwersytecie w Kuala i tu mieszka (a żona z dzieckiem mieszkają na Borneo).

Otto jak prawdziwy Amerykanin - pełen luzu. Spotkał nas po drodze i zaprowadził do siebie - nie muszę opisywać, jak wygląda mieszkanie faceta, który mieszka sam:). Główna rada Otto brzmiała - pojedzcie do Sarawaku (stan na Borneo) - i po prostu miejcie oczy szeroko otwarte - poczekajcie, aż wszystko się samo wydarzy. Nie jest to rada, której oczekiwałam - chciałam wiedzieć, czy kupować bilet lotniczy dalej na wschód i dokąd - a to musimy załatwić teraz, a nie czekać, aż to się samo wydarzy. Póki co, nie ma samodzielnie-wydarzających-się-biletów-lotniczych. Oczywiście w momentach, kiedy usiłowałam zadać konkretne pytanie, Chris się wcinał i razem z Otto zaczynali dyskusje na temat: hodowli winogron i wyrobu wina, wyniszczania lasów tropikalnych, jadowitych węży, gdzie można kupić stek i od kiedy kto pali papierosy. Dobrze, że nie miałam kieszeni, bo nóż by mi się otworzył.

W radosnym nastroju około północy opuściliśmy Otta. Dzień zakończyliśmy w domu Chrisa (do którego ja z przyjemnością wróciłam) porcją whisky - koniecznej dla spokojnego zaśnięcia - jak twierdził nasz gospodarz.

Na koniec rozkminiliśmy jeszcze, jak działają malezyjskie pralki - gdzie nie trzeba zamykać wieczka, a pranie trwa 25 minut. Pażiwiom-uwidim, jak mawiają nasi sąsiedzi:)


wtorek, 3 listopada 2009

Komarom, miła...

Och, co za emocjonujący dzień:). Wczoraj nie byliśmy pewni, czy warto stąd się ruszać, bo trudno się wydostać z tego luksusowego gniazda os. Zaryzykowaliśmy jednak taksówkę do Lumut (50 ringitów, połowa kolacji:). Z Lumut promem popłynęliśmy na wyspę Pangkor. Tam mieliśmy jeździć rowerem, ale wszyscy doradzali motorynkę, takiego naszego Komara, wiec... kto nie ryzykuje ten nie jedzie:).

Daniel nie miał przy sobie prawa jazdy, a na komarku jeździł ostatnio 15 lat temu, ale kto by się przejmował takim drobiazgiem! Zrobił rundkę testową na placyku i ruszyliśmy - ja z tyłu jako plecaczek. Żyjemy, nic się nie stało i było super! Żeby było trudniej - tu jest ruch lewostronny!!!

Komarek pozwolił nam się dostać do miejsca, gdzie obecnie jest Chris - który na dzień dobry zaserwował nam długi wywód na temat błędów polityki widocznych na tej wyspie. Ufff... Potem zmusiliśmy go, żeby pójść na szybki, chiński obiad, który ledwo przeżyłam - taki był ostry. W połowie skminiłam jednak, że trzeba wyrzucić zielone kawałki papryczki, i szlo już dużo lepiej:)

Wyspa jest super - ma cudowne plaże, z super widokami, czystą wodą i żółtym piaskiem, bomba. Chwilę popływaliśmy, a potem pojechaliśmy obejrzeć jedyną atrakcję - fort holenderski. Niestety atrakcja marna, ale co tam. Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć budowę łodzi rybackich i popływać na innej plaży - bo jak wiadomo jak wyspa, to ma same plaże wokół:).

Komarek marki Honda w nienaruszonym stanie odstawiliśmy około 16.00 do właściciela i wróciliśmy do Lumut. Tu udało nam się zjeść jakieś chińskie wynalazki za 13 ringitów (!!!) - co po przedwczorajszej kolacji od razu o wiele lepiej nam smakowało!!! Potem szybkie zakupy na jutrzejsze śniadanie.

Jutro przyjeżdża Chris, zmywamy się na chwilę do Ipoh, żeby zobaczyć buddyjską świątynię, a potem wracamy do Kuala.

Na dziś już kończę, bo internet jest tu po 10 rt, jest to 5 razy drożej niż w Kuala i Daniel zabronił mi więcej wykupować:).

To trzymajcie kciuki...

poniedziałek, 2 listopada 2009

Dzień Leniwca

Wreszcie udało się nam zażyć trochę słońca. Cały dzisiejszy dzień bez Chrisa (który nocuje gdzie indziej) spędziliśmy na plaży. Ale może po kolei:)

Wczoraj z braku miejsca do jedzenie wybraliśmy się na kolację do hotelowej knajpy. Tak w ogóle to ten kurort, gdzie teraz jesteśmy to wielki kawał terenu, na którym umiejscowiony jest duży hotel, mniejsze domki, dwa pola golfowe itd. - takie małe, sztucznie stworzone miasteczko. Niestety ma to swoje minusy - jedyne sklepy i knajpy, jakie są w promieniu 10 km, należą do hotelu.

W restauracji zjedliśmy niby normalnie, zapłaciliśmy za to 120 tutejszych złotych - jakieś 100 na nasze. Kupa kasy! Przy czym piwo kosztowało 18 i okazało się być o,33 l. Masakra. No ale cóż, skoro nie płacimy za noclegi (dostaliśmy je w prezencie od Chrisa), to możemy przynajmniej zjeść normalnie.

Dziś za to wybraliśmy się na śniadanie w ramach hotelowego pakietu - poświadczywszy to bonem, który dostaliśmy pierwszego dnia - z napisem - "breakfast - 2 adults - garden terrace - till 4.11 - podpis". Jak już nakładliśmy pełne talerze tutejszego śniadaniowego jedzenia, to przemiła pani oznajmiła nam, że śniadanie nam nie przysługuje i musimy za nie zapłacić. A to co nam wydawało się podpisem na bonie, było PRZEKREŚLENIEM. Cóż, płacz i płać, jak mawiają. I kolejna niespodzianka - wyniosło nas to 70 tutejszych złotych (ringitów) - mniej więcej 50 na nasze!!!!!!! Za śniadanie? Chyba musiałoby być pozłacane, żeby było tyle warte. Od razu przestałam być głodna;)

Odrobinę zatem zniesmaczeni poszliśmy wreszcie na plażę. Na plaży - raj. Po pierwsze - zero ludzi (z tego, co mówił Chris, tutejsi w ogóle się nie kąpią i nie chodzą na plażę). Leżaki i parasole tylko dla siebie (choć zastanawialiśmy się, czy za chwilę spod ziemi nie wyrośnie pani i nie każe płacić, powiedzmy, 60 ringitów:), woda super ekstra ciepła, palmy rosnące wokół, dające przyjemny cień - BOMBA. Spędziliśmy tak cały dzień taplając się w wodzie, delikatnie wystawiając się na słońce i czytając nasze książkowe zapasy. Delikatne wystawianie na słońce ma swoje nieco negatywne skutki - szczególnie Daniel ubolewa, bo przybrał barwy narodowe (biało-czerwone:).

Siedząc dziś na luzie i nie musząc rozkminiać wyższych problemów, miałam czas chwilę pomyśleć i przyszły mi do głowy dwie rzeczy. Po pierwsze, oni tu wszyscy maja lekkiego schiza z klimatyzacją. Dziś temperatura - oprócz bezpośredniego słońca - nie była strasznie wysoka i upał nie dawał się we znaki. Ale we wszystkich zamkniętych pomieszczeniach wytrwale pracuje klima. Co więcej, nie jest to ustawione na normalnym poziomie - tylko na 18 stopni i wiatrak na maksa. W ciągu kilku dni zmarzłam tu już chyba z 5 razy. Dziś, jak poszliśmy na obiad, pani z uprzejmości od razu włączyła klimę, choć w restauracji było dość chłodno (może ze 24 stopnie były na oko). Wielki klimatyzator wiał mi prosto w twarz i już się nie mogłam doczekać końca obiadu. To samo było w kościele w sobotę - 25 stopni na zewnątrz, pochmurno, a w kościele 4 wielkie klimatyzatory i 3 wiatraki pracowały na full, zimno jak w marcu, hałas nie do zniesienia - przerost formy nad treścią jednym słowem. My od dwóch dni w pokoju mamy wyłączoną klimę i nie jest gorąco - temperatura sama się trzyma poniżej poziomu tego, co na dworze. Ale panie jak wpadły sprzątać, to oczywiście nastawiły na minimalną temperaturę i maksymalny wiatrak. Choroba jakaś, czy coś:).

No i te muzułmańskie ograniczenia. Kąpiąc się i opalając w bikini czułam się dość nieswojo i raczej trzymałam się z daleka od ludzi. Ale jacyś małoletni chłopcy, albo kolesie z obsługi gapili się ciągle, jakby nie wiadomo co się działo - zastanawiałam się, czy policja obyczajowa nie przyleci i nie każe mi zmienić stroju kąpielowego na jednoczęściowy, bo taki jest zgodny z regulaminem.

Wczoraj widziałam jakąś muzułmańską dziewczynkę, jak wchodziła do basenu w ubraniu z długim rękawem i w długich spodniach i oczywiście w chustce. Dziś jakaś młoda dziewucha kąpała się w takim samym stroju ze swoim chłopakiem, obściskując się nawzajem. To sorry, pokazać łokcia nie można, ale publicznie się "miziać" można? Zaprawdę, logika przedziwna...

Jutro postanowiliśmy się trochę ruszyć i pojechać do Pangkor, na wyspę, gdzie też jest Chris. Wymaga to trochę wysiłku, bo z tego miejsca ciężko się wydostać. Prawdopodobnie rano pojedziemy do Lumut taksówką, a stamtąd promem na Pangkor. Może tę wyspę uda się pozwiedzać rowerem.

W Pangkor główną atrakcją jest stary holenderski port, ale może też uda się zrobić jakieś zakupy w normalnych cenach. Wreszcie będą jakieś owoce (tu totalnie nic nie ma, można tylko kupić czipsy i zupy chińskie).

Trzymajcie kciuki:)

PS. Zdjęcie na rowerze to z naszej krótkiej wycieczki po terenie hotelowym dzisiaj. A jaszczurki mieszkają na korytarzu.
Pozdrawiamy szczególnie Ewę, która poprawia polskie znaki:)

niedziela, 1 listopada 2009

Kolacja u cioteczki i w drodze ku luksusom

Wczorajszy super dzień zakończyliśmy wykwintną kolacją u cioteczki Chrisa, tej, na którą obraziła się jego mama. Trochę się zszokowałam, jak tam weszłam. Najpierw przywitały nas psy, które oczywiście nie gryzą. W liczbie trzech. Na dobry początek "my father's drinking friend", jak go nazywa Chris - który akurat był też na kolacji u cioteczki - nalał nam whisky z czymś tam. Że ja fanką tego akurat napoju nie jestem, to niezbyt mi szło. Ale mieliśmy okazję poprowadzić miłą konwersację o wszystkim i o niczym - człowiek uczy się dyplomacji na takich wyjściach:).

Ale co mnie zaszokowało, to wystrój domu. Chris wspominał, że cioteczka jest katoliczką, ale powaliła mnie ilość wizerunków Chrystusa porozwieszanych na ścianach. Chrystus wyszywany, w formie dywanu, anioł stróż krzyżykami, różaniec wielkości liny do statku, figurka Maryi z odkręcaną głową, Chrystus z promieniami, kalendarz z Chrystusem - do tego wystrój wnętrza w stylu kolonialnym, biało-różowe zasłony, ciemne, rzeźbione meble, plastikowe krzesła w jadalni i świetlówki... Przeżyłam szok kulturowy:)

Ale ciocia zrobiła na nas niesamowite wrażenie. 1.5 m wzrostu, 40 kilo wagi, bardzo energiczna, od razu sugestywnie opowiedziała nam o przeżywaniu swojej wiary i o tym, jak się za kogo modli. Postanowiłam być miła, żeby też się znaleźć w tej grupie:). Poza tym obiecała mnie zabrać w przyszłą sobotę na targ, gdzie nakupuję sobie wspaniałych bluzek za 2 dolary sztuka. Zresztą, powiedziała, że jak tam będzie, to mi coś kupi zaocznie (już się boję;).

Po whiskowym wstępie ciocia zaprosiła nas do jadalni, gdzie zobaczyliśmy szwedzki stół z 13 dań. Kraby, krewetki, kurczak, makaron indyjski - wszystko oczywiście dziko ostre. I do tego my z brakiem umiejętności spożycia takich rzeczy. Ale tu wszystko jest proste - kraba przeżuwa się w całości (z korpusem), a resztki niejadalne wypluwa w postaci papki, makaron indyjski z sosem najlepiej jeść palcami i ogólnie widelec to niepotrzebny zbytek. Oczywiście, jak można się spodziewać, nażarliśmy się jak prosięta i ledwo dotoczyliśmy się do domu. Ciocia zapraszała nas na lancz, kiedy tylko będziemy mieć chwilę czasu - więc być może ją odwiedzimy. Chris po dwóch whisky dzięki Bogu szczęśliwie dowiózł nas do domu swoim białym protonem.

Dziś rano za to znów jedliśmy ciekawe rzeczy - tym razem z lodówki Chrisa. Najpierw cudem odnalazł w czeluściach swoich szafek płatki - ale okazało się, że to czyste, organiczne, owsiane, więc nie odważyłam się jeść ich samych na surowo z mlekiem. Stanęło na serze żółtym z masłem orzechowym. Ale postanowiłam ucieszyć mój skołatany żołądek mlekiem. Ku mojemu zaskoczeniu z kartonu nalałam jakiejś mazi, co okazało się być mlekiem sojowym, w dodatku słodzonym - FU!

Potem ruszyliśmy w naszą długą podroż na północ. Do przejechania było jakieś 160 km, ale nasz przyjaciel tym razem radził sobie fatalnie. Nie miał mapy, narzekał na znaki i ciągle pytał o drogę. Przez bramki na autostradzie przejeżdżaliśmy chyba z 5 razy - nie wiem, jak on to zrobił. Chris się zżymał na przykład, że znaki pokazują drogę numer 2 w dwóch kierunkach i on nie wie którą wybrać - co dla mnie było dość logiczne - to w sumie normalne, że droga idzie w dwóch kierunkach i jedzie się albo w lewo, albo w prawo. Plus odwieczny problem ze skręcaniem bez kierunkowskazu, skręcaniem z niewłaściwym kierunkowskazem, chaotycznie zmienianie pasów - i do tego cały czas, nieustająca gadka o problemach dyskryminacji 3 świata w postaci zdań wielokrotnie złożonych z dygresjami...

Za to jak już nas dowiózł, tak i nas porzucił. Jesteśmy teraz w Damai Laut - w jakimś kurorcie wypasionym. Wreszcie udało się nie rozkminiać problemów światowych, tylko zanurzyć się w ciepłym jak zupa morzu - Bosko. Do tego 3 baseny i inne atrakcje, których jeszcze nie zdążyliśmy obadać. Jutro dzień lenia - i żadnych dyskusji z lokalsami:)

Oczywiście klimat tu trochę inny niż w europejskich kurortach (w których nie bywałam, ale tak sobie to wyobrażam:) - na basenie zakaz bikini pod groźbą wyproszenia, uprzejma prośba o odpowiedni strój w terenie ośrodka i mega służalcze podejście obsługi - aż głupio o cokolwiek poprosić. Pani dziś na kolacji przepraszała chyba z 15 razy - każde z nas z osobna, szok.

Wszystko jest za to mega drogie, więc po dzisiejszej kolacji za ciężkie pieniądze jutro postanowiliśmy jechać na bananach i orzeszkach:).

A teraz wrócę do wczorajszego posta, którego połowę coś mi zjadło. Mam nadzieję, że choć część pamiętam.

Trzymajcie kciuki:)