sobota, 5 lutego 2011
Flamingi
Nasz kierowca, John, zabrał nad mniejsze jeziorko obok, gdzie można było obejrzec flamingi. Po dłuższych namowach zdecydowaliśmy się także na rejs łódką po jeziorze. Dzięki temu stada flamingów widzieliśmy z bliska, a oprócz tego odwiedziliśmy kilka rodzin hipopotamów, a na brzegu oglądaliśmy biegające zebry, żyrafy, antylopy itd. Potem jeszcze John zabrał nas w tzw. Public view = miejsce, skąd można obejrzeć całe jezioro (public, bo dostępne – pozostałe tereny są wykupione i ogrodzone przez hotele). Public view okazało się dość słabe, bo jezioro przez hodowle kwiatów zarasta hiacyntem, który tutaj jest chwastem. Więc widok był nędzny. Oprócz tego mogliśmy sobie kupić surową rybę prosto z jeziora. Tuż obok znajdowała się “knajpa” w której zdecydowaliśmy się zjeść rybę po przygotowaniu. Knajpa była na podwórku, składała się z kilku foliowych bądź blaszanych baraków. Wokół latały kury, kurczaki indyki. Niektóre odważne nawet skakały po stolach:). Rybę podali nam na tacy metalowej, z dodatkiem ugali – to coś jakby zastygnięta kasza manna, totalnie bez smaku. Rybę oni tu jedzą palcami, na moją prośbę o widelec pani zrobiła bardzo dziwna minę;). Ryba była ekstra – to jeden z lepszych naszych posiłków…
środa, 2 lutego 2011
Safari
W parku okazało się, że najpierw trzeba załatwić sobie nocleg. Tu zaczęły się schody, bo hotele w parku kosztują od 200$ za osobę. Po drodze spotkaliśmy jednak masaja w czerwonej chuście, który zaproponował nam nocleg w kampingu prowadzonym przez Masajow (lokalne plemię) za 70$ za dzień. Nie mieliśmy wyjścia. Camping jest super, ma duże namioty z dużymi łóżkami z pościelą i prysznice – mieliśmy szansę umyć się pierwszy raz od Wiślickiej.
Co jeszcze nas zaskoczyło, to cena wjazdu do parku – 60$, a nie 30. Jak pisał przewodnik. Cale szczęście okazało się, że opłata nie jest za dzień, ale za dobę, co umożliwiło nam wejście na dwa dni.
Po załatwieniu formalności i obiedzie na kempingu (w cenie) pojechaliśmy na safari. Towarzyszył nam Nick, masajski chłopak, który zaproponował nam camping na nocleg. Nick jest super bystry i zna park bardzo dobrze. Od razu udało nam się zobaczyć lwy, słonie, gazele, bawoły i inne drobne zwierzęta. W tym lwią rodzinę złożoną z 3 dużych samców, 5 samic i ze 20 lwiątek, które hasały wokół samochodów.
Wróciliśmy i po kolacji padliśmy, a dziś (środa) znów pojechaliśmy na safari, tym razem na cały dzień. Tym razem spotkaliśmy hipopotamy i krokodyle, potem znów lwy, i najbardziej trudne gepardy i lamparta. Wreszcie zaczęłam odróżniać te zwierzęta:).
W południe zjedliśmy lunch pod drzewem, ale po parku jeździliśmy w sumie aż do 18.00. Ja już miałam nieco dość, ale tylko dzięki Nickowi straż parkowa nie zhaczyła nas za przekroczenie opłaconego czasu.
Rano daliśmy się namówić Nickowi na wizytę w wiosce Masajów. Śmieliśmy się, że wódz musiał się szybko przebierać w strój masajski, ale prawda jest taka, że oni tutaj chodzą tak ubrani przez cały czas. Wizyta była super, ale wioska jest masakryczna. Domy zbudowane z krowiej kupy i drewna stoją wokół małego placu, na który na noc spędza się krowy z pola. Jest jedno wielkie gnojowisko, wokół którego unoszą się miliony much i latają dzieci. Małe dzieci obłażą muchy, wchodzą im do oczu i nosa, nie da nie wdepnąć, przechodząc przez pole i opędzić od much też się nie da.
Zaprosili nas do chaty, która ma dwa miniaturowe okienka, które służą do wylatywania dymu z ogniska, rozpalonego na środku. Pierwszy "pokój" przeznaczony jest dla kóz i cieląt, które trzyma się w domu, żeby ich lwy nie zjadły. Na początku nic nie widzieliśmy, tak było zadymione. Masaj opowiedział nam o życiu w wiosce – o ślubach, pogrzebach, obrzezaniu chłopców i dziewczynek, o krowach, owcach i kozach.
Potem zatańczyli nam swój taniec i zabrali do sklepu z pamiątkami. Zakupiliśmy trochę durnostojek.
Teraz siedzimy sobie w kempinogowej kuchni. Pożyczyliśmy komputer od Nelsona, szefa kempingu, który przyjechał tu z trójką Amerykanów (Amerykanie z misją przyjechali do wiosek masajskich, dokumentują ich życie na zdjęciach i filmach, tylko co wrócili z tygodniowego pobytu w masajskiej wiosce).
Jest bardzo miło, choć jesteśmy bliscy tradycyjnego listu kolonisty (dla niewtajemniczonych – “Kochane pieniądze przyślijcie rodzice:)”.
Pozdrawiamy gorąco, jesteśmy zdrowi i wszystko jest ok.
Nairobi2
Zaczęło się dość dziwnie, od dojechania z Kamangu (wieś fathera Georga, gdzie mieszkamy) do Nairobi. Wybraliśmy podroż matatu, i to jest coś, o czym warto napisać więcej.
Matatu to dobry przykład wojującego kapitalizmu. Matatu to bus podobny do volkswagena ogórka (ale nie tego od hipisów, tylko takiego nowszego). Matatu załatwia całą podmiejską sieć komunikacyjną i transport w obrębie miasta. Matatu jest stare, rozklekotane, i ledwo jedzie. W każdym matatu jest kierowca i konduktor, konduktor zwykle jedzie na zewnątrz. Kiedy tylko wyszliśmy bladym świtem na drogę, z oddali usłyszeliśmy trąbienie nadjeżdżającego matatu. Zabraliśmy się pierwszym, który się nawinął. W matatu jest przewidzianych 14 miejsc, przy czym jest to maks, który da się tam wycisnąć – jeśli chodzi o fotele dla pasażerów. Konduktorzy potrafią wcisnąć tam kolejne 6 osób, dokładając deseczki do przejść między siedzeniami albo wciskając 4 osoby na 3 fotele.
Pierwszym matatu dojechaliśmy do Kikuju, potem przesiedliśmy się na drugie matatu. W międzyczasie Daniela napastował jakiś pijany klient, podjarany kolorem naszej skóry. Kiedy dotarliśmy do Nairobi, okazało się, że nasze matatu nie dojeżdża do centrum, więc musieliśmy się przesiąść na drugie. Był tłum ludzi, więc odstaliśmy swoje. W kolejnym miejscu chcieliśmy wsiąść w matatu do Nairobi Safari Walk, ale mieliśmy problem, gdzie jest postój tego właśnie numeru. Pytaliśmy kilka osób, i idąc za ich wskazówkami zrobiliśmy wielkie kółko, w końcu nie znajdując właściwego miejsca. Szlag mnie już zaczynał trafiać, bo widziałam 4. zmarnowany dzień na snucie się tu i tam. Wreszcie ochroniarz z dworca pkp się nad nami zlitował i wskazał nam właściwe miejsce. W kolejnym matatu słuchaliśmy durnego radia na cały regulator. Daniel się podjarał, że mówią o małżeństwie, ale jak się głębiej wsłuchałam, to mnie to przeraziło. Pierwsza historia polegała na tym, że do babki zadzwonił facet i udając turystę namawiał ją na prywatne spotkanie. Kiedy już się umawiali, okazało się, że rozmowy słucha jej mąż, a poza tym jest on line. Potem zadzwonił facet mówiąc, że od 45 lat ma super udane małżeństwo, poza tym jego młoda dziewczyna siedzi obok i jest ekstra. Trzeci wspominał, że jego dziewczyna kupuje super prezenty dla jego zony.
Jak już dojechaliśmy do parku narodowego Nairobi, udaliśmy się na tzw. Safari walk (nic więcej nie udało się zrobić ze względu na brak samochodu). Safari walk to takie większe zoo. Udało nam się tam zobaczyć trochę zwierząt, ale dużo więcej poczytaliśmy o nich, co dało nam niezłe podstawy na safari. Miły spacer zakończyliśmy kawa, ciastkiem i sokiem z owoców za 4 zł.
Potem ruszyliśmy z powrotem. W kolejnym matatu na cały regulator grał afrykański hiphop. Na dworcu PKP kupiliśmy bilet na nocny pociąg do Mombasy, miasta na wybrzeżu. Z kolacją i śniadaniem!
Udało nam się jeszcze załatwić kilka spraw, w tym zjeść w lokalnej knajpce. Najedliśmy się jak prosięta, bo mieli strasznie duże porcje.
Jak już postanowiliśmy wracać (nie zdążyliśmy zajść do muzeum) jakiś miły czarny kolega usiłował pozbawić mnie łańcuszka z szyi (ja kretynka myślałam, że jakiś zboczeniec mnie w szyje uszczypnął). Łańcuszek jednak się nie dał.
Przygoda ta jednak skłoniła nas do spadania z tego miasta jak najszybciej. Znowu przez pół godziny szukaliśmy naszego matatu (wszyscy mówili co innego, łaziliśmy 40 minut). W tym matatu jeszcze nie było najgorzej. Dotarliśmy do Kikuju, które w porównaniu z Nairobi okazało się cichym i spokojnym miasteczkiem. Czułam się jak w Hajnówce:D. Kolejne matatu, które miało nas zabrać do domu, było najbardziej rozklekotane. W pewnym momencie drzwi otwierane z boku samochodu odpadły a konduktor w czasie jazdy o mało ich nie zgubił. Ale gość był sprytny, naprawił je w biegu... Co ważne, matatu kosztuje około 2 zł, więc jest to dość tani sposób przemieszczania się.
Podsumowując: jak najmniej Nairobi – to gorące, zatłoczone, brudne i niebezpieczne miasto. Kikuju przy tym to jak Bielsk przy Nowym Jorku;)
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Sobota
W sobotę byliśmy w Kikuju, skąd napisałam pierwszy post tutaj, ale potem działy się jeszcze ciekawe rzeczy.
Po pierwsze ksiądz zabrał nas do swego domu. Dom, jak u nas na wsi, średni standard, jakieś 30 lat temu. Generalnie styl tutaj jest taki – robię z czego mam i jak mi wyjdzie. Więc estetyka to na średnim poziomie. Dom księdza dość duży, jak na standardy, meblościanka (mała) i wielki komplet wypoczynkowy w salonie. Na kanapie 3 kociaki. Ksiądz twierdzi, ze ma dużo szczurów na strychu, wiec hoduje wojowników:)
Domy tu, jeśli są lepsze, mają blaszane ściany z blachy falistej, starsze i biedniejsze – z błota i deseczek. Ksiądz opowiadał też, jak mu się dwa razy włamali obdzierając blachę – i ukradli kasę za sprzedaną wcześniej krowę.
Od księdza, gdzie papadia (żona) poczęstowała nas czapati (naleśniki, ale bez jajek) poszliśmy odwiedzić jego ciocię. Tutaj dopiero była faza. Ciocia siedziała w czymś a la kurnik z blachy i gotowała kolację. Miała coś w stylu betonowego pudła, w którym palił się ogień, a na wierzchu były fajerki z miejscem na garnek. Komina nie ma, dym ucieka, dziura w suficie. Ciocia gotowała tradycyjną tutaj potrawę – fasolę z kukurydzą. Z grzeczności dostaliśmy trochę, ale ledwo to w siebie wcisnęłam, tak już byłam objedzona. Dzieci patrzyły na nas z przerażeniem, w tym około 3-letnia dziewczynka miała szok w oczach. Ciocia bardzo mila, pokazała nam swoje gospodarstwo, choć niewiele było do oglądania. Ma 4 synów i wszyscy z żonami mieszkają na tym samym podwórku, w blaszanych chatkach wielkości jednego pokoju, razem z nieskończoną ilością dzieci. Mają 3 krowy, jakieś owce i kury. Na oko widać, że bieda aż piszczy. Odprowadził nas podpity kuzyn fathera.
Potem zajechaliśmy jeszcze do mzee. Mzee to określenie starszego pana, ten mzee to starosta parafii. Bardzo miły pan wychowujący swego wnuka, którego rodzice zmarli na AIDS, i córkę córki (to częsty przypadek – córki z nieślubnymi dziećmi zostają na wieki z rodzicami). Dom skromny, choć bardzo czysty. Poczęstowali nas herbatą z mlekiem i dali nam 10 jajek w prezencie na niedzielne śniadanie. Pogadaliśmy o serialach, które oglądają w małym, czarno-białym telewizorku, oczywiście – zero łazienki, wody bieżącej ani nic takiego. Nie sprawia to smutnego wrażenia, ale po prostu uświadamia, jaka tu jest bieda.
Łazienki w tym rejonie ludzie nie maja również z powodu problemów z wodą. W naszym mieszkanku teoretycznie jest bieżącą woda, ale już dwa razy przestała cieknąć z kranu, a my jak żuczki zostawaliśmy z kranówką do umycia zębów, nie mówiąc o reszcie. Prysznic już mi się śni, ostatnio miałam z nim styczność 27 stycznia na Wiślickiej:).
To tyle o sobocie.
Nairobi
Chcemy jeszcze zajść do muzeum narodowego.
Jutro wyruszamy na safari ze znajomym znajomego księdza. Orthodox Networking. Generalnie safari kosztuje jakieś bimbaliony, wiec kasa się topi. Jak coś, to przejdziemy na chleb i wodę.
Pozdrawiamy wszystkich gorąco
A&D
Liturgia
Niedzielną Liturgię odbyliśmy w lokalnej parafii, oddalonej od naszego miejsca spania o 7 m. Udało nam się nie zaspać. Kiedy wmaszerowaliśmy do cerkwi o 8.30 spojrzało na nas kilkanaście zdziwionych oczu dorosłych i ze 20 par zszokowanych oczu dziecięcych. Dzieci nie miały oporów – wgapiały się w nas przez kolejne 15 minut bez przerwy. Potem im przeszło, ale tu na wsi to podobno dość ważne wydarzenie – zobaczyć mzungu (białego).
Początkowo nie bardzo wiedzieliśmy, co się dzieje, bo nabożeństwo było w języku Kikuju (to język lokalnego plemienia). Father George twierdzi, że ludzie nie lubią, jak sią sprawuje w suahili, a tym bardziej po angielsku. Kikuju jest najbardziej odpowiedni, bo wszyscy nim mówią i wszyscy go rozumieją.
Liturgia minęła dość szybko. Na końcu odbyło się jeszcze tzw. praising time – czas na śpiewanie chrześcijańskich piosenek z bębenkami, pokrzykiwaniem, klaskaniem, podrygiwaniem w takt piosenki. To dopiero była faza.
Potem ksiądz powiedział żywiołowe kazanie, gdzie pytał ludzi, czy się zgadzają, a czasem kazał podnieść ręce tym, którzy się z nim zgadzają. Ludzie też często mu potakiwali.
Potem szef rady parafialnej (czyli tutejszy Daniel, ale taki trochę ważniejszy, bo parafia większa;)) ogłosił kilka rzeczy, między innymi przywitał nas i poprosił, żeby coś powiedzieć. No więc wyskoczyliśmy z ławek na środek i powiedziawszy kilka zdań po angielsku, a Father tłumaczył na Kikuju. Ja mówiłam, Daniel potakiwał, co wprawiało w wesołość dość tradycyjne społeczeństwo lokalne, gdzie to zwykle faceci mówią, a kobiety gotują. Co więcej, kiedy powiedziałam Danielowi, żeby coś powiedzial, a on odmówił skinieniem głowy, panie z pierwszych rzędów dały w śmiech. Chyba im się spodobało!
Rozdaliśmy zapasy ikonek, które przywieźliśmy, żałując, że wzięliśmy tak mało. Na liturgii było około 200 osób, ale father mówił, że wielu z nich nie ma w domu ikony, wiec nawet prosta papierowa jest im bardzo potrzebna.
W czasie liturgii było tez przekazanie sobie znaku pokoju – czyli uśmiech i uścisk ręki dla sąsiadów – pani z dwóch rzędów dalej do mnie przyszła! Było super.
Pytaliśmy ojca, kto u nich piecze prosfory- otóż są dyżury parafianek – nie muszą zatrudniać prosfornika(!!!), a jak parafianka zapomni, to ksiądz w noc z soboty na niedzielę odwala obowiązek. Prosfory były lekko gumiaste, ale jakoś nic się nie stało, piorun nie uderzył (!). Niezły odchył tu maja;)
Potem wszystko zaczęło się toczyć tradycyjnym, wolnym afrykańskim rytmem. Ja już trochę miałam dość siedzenia na miejscu, czas zwiedzać! Powiedziałam księdzu, że może pojedziemy do Nairobi, to pokiwał głową. Gdybyśmy byli sami, to byśmy zjedli wczorajszą kolację na późne śniadanie i o 13 byśmy pojechali do Nairobi (30km). Ale ksiądz był wyluzowany. Najpierw zjedliśmy śniadanie (tost z dżemem i kawą z mlekiem, plus jajecznica, z jajek, które wczoraj dostaliśmy w prezencie). Jak już się nafutrowałam pod korek, bo mieliśmy jechać do N., ksiądz powiedział, że teraz czas na relaks, a potem zjemy obiad. Wyszliśmy na podwórko, a jakaś młoda dziewczyna posprzątała po nas w naszym mieszkanku, mimo moich słabych protestów (słabych z powodu strachu, by nie sprzeciwiać się gospodarzowi i dostosować się do rozkazów proboszcza – taki tik z Polski;)).
No więc zjedliśmy ten obiad (tym razem puree z ziemniaków i fasoli, sos z mięsa i kapusty na lekko ciepło). Niespodziewanie zrobiła się 16 i już nie było szans na wyjazd dokądkolwiek. No więc poddałam się z tym Nairobi. W międzyczasie ksiądz oprowadził nas po rożnych miejscach. Pokazał nam między innymi spotkania młodzieży, gdzie powiedziałam im, że u nas młodzież organizuje dyskoteki, czym byli zdziwieni, a ksiądz oburzony. Potem widziałam, jak w cerkwi podrygiwali w rytm piosenek i ksiądz mówił, że to mój wpływ.
Zaprosiłam ich również do nas, licząc że przynajmniej kilku osobom da się zafundować bilet (dla nich to granica nie do przeskoczenia – podobnie jak dla nas kilkadziesiąt lat temu). Ojciec George się napalił, chcą zobaczyć zimę.
Potem poszliśmy na fascynujący spacer po okolicy. Father i jego pracownik Paul, no i my wybraliśmy się z wizytą do pewnej starszej pani. Szliśmy jakieś 45 minut, w tym po drodze natknęliśmy się na płaszczyznę kilkuhektarową, otoczoną pagórkami. Okazało się, że w porze mokrej jest to jezioro, a w suchej puste pole – ale zadziwiająco płaskie. Widzieliśmy też chłopca, któremu krowa wlazła do stawu i nie chciała wyjść, bo znalazła tam zieloną trawę (w Kenii teraz jest straszna susza).
Pani, którą mieliśmy odwiedzić ma około 90-100 lat (tego nikt nie wie). Mieszka w glinianym domku, z jednym okienkiem, obok domu syna. Nie wstaje z łóżka i jest bardzo chuda. Nie bardzo już kojarzyła, ale ksiądz stawia sobie taki obowiązek, by odwiedzać starszych, chorych ludzi. Odmówił krotką modlitwę i namaścił ją olejem, wszystko było naprawdę wzruszające, aż nie miałam siły robić zdjęć.
Potem wracając odwiedziliśmy jeszcze jedną rodzinę, gdzie wypiliśmy tradycyjny napój – herbatę z mlekiem. Tutaj w ogóle tradycyjne napoje są dość dziwne. Na śniadanie przynoszą wrzątek wymieszany z mlekiem, do którego można sobie wrzucić herbatę lub kawę. Wszystko z lekka czuć krową (co chyba dobrze świadczy o mleku:)).
Na śniadanie jedzą tosty z dżemem i mazidłem zero procent tłuszczu (oblecha). Dopiero lunch i kolacja są porządnymi posiłkami (aż za porządnymi). Wczoraj jedliśmy czapati – placki z maki wody i oleju, coś jak podpłomyki, z gulaszem mięsnym – bardzo dobre, my próbowaliśmy też z dżemem, ale lokalsi patrzyli na nas dziwnie.
Potem szliśmy do domu (ze spaceru) przez kilka wsi, gdzie wzbudzaliśmy sensację. Dzieci reagują na białych rożnie – z entuzjazmem (biegnąc za nami ze śmiechem i podniecając się zagadaniem do mzungu (białego)) – patrząc na nas nieśmiało swoimi wielkimi oczyma albo uciekając z płaczem (to mniejsze).
sobota, 29 stycznia 2011
Kikuju
Wbrew pozorom nie było tak źle i udało nam się zalogować w kafejce internetowej w Kikuju. Jest 30 stopni, powyżej zera, jakby ktoś miał wątpliwości. Tuż po przylocie powitał nas ojciec George, tutejszy proboszcz i ugościł w domu parafialnym. Mieszkamy tuż obok miejscowej parafialnej kliniki medycznej (to dużo powiedziane), złożonej z 6 łóżek. Nie wygląda to jak u nas, ale powstało dzięki wyjątkowej determinacji tutejszego proboszcza, który doprowadził do jej organizacji, a teraz walczy, by ją utrzymać. Oprócz kliniki parafia prowadzi średnią szkołę dla młodzieży. I szkoła i przychodnia są płatne, aczkolwiek na poziomie dostępnym dla tutejszych ludzi. Dzięki temu parafia zatrudnia na stałe (aczkolwiek za niewielkie pieniądze) 15 osób!
Ociec George jest bardzo miły i troszczy się o nas starannie. Ma 40 lat i 5 dzieci! Na lunch i kolacje były ziemniaki – Daniel jest happy:). Nie ma łazienki i ciepłej wody – jest za to sedes “paradise” i spłuczka produkcji malezyjskiej.
Jutro będziemy tu na liturgii, a w poniedziałek ruszamy do Masai Mara – parku narodowego na safari. Ksiądz ma znajomych tam, więc może da się coś załatwić w normalnej cenie. Sieć prawosławna jest dość dobrze rozwinięta, jak pojedziemy nad ocean też ma nas ktoś odebrać i oprowadzić – to jest orthodox net working:).
Chciałabym napisać więcej, ale w tej cholernej kafejce jest tak beznadziejna klawiatura, że się nie da:).
BTW. Kikuju to nazwa miasteczka 30 km od Nairobi i plemienia, z którego wywodzi się obecny prezydent Kenii i father George, który się nami zajmuje.
Wczoraj jeszcze udało nam się zobaczyć zachód słońca nad doliną ryftową. Dolina to fragment wielkiego rowu afrykańskiego - takiej dużej przerwy miedzy płytami tektonicznymi, która powstała wiele lat temu (o szczegóły zapytajcie Alinę A.). Kiedyś były tu wulkany, teraz jest żyzna i coraz bardziej zaludniona ziemia. Widok niesamowity. Zachód słońca trwał 10 minut - tu się to szybko odbywa:). Po zachodzie od razu robi się ciemno i zimno (15 stopni!).
Nie ma komarów, psy i koty wyglądają jak u nas. Za to dla lokalnych dzieci stanowiliśmy mega atrakcję - coś jak Murzyn na odpuście w Lewkowie Starym.
Każda rodzina ma osła, który pasie się w okolicznym rowie, albo przenosi wodę - Daniel zachwycony, to jego ulubione zwierzę:)
Pozdrawiamy wszystkich, wierzący niech nas wspomną na swojej liście:)
Buziaki