poniedziałek, 30 listopada 2009

Fotki

Uwaga, są zdjęcia:)

To wstępne oglądanie, ze szczegółami opowiemy kiedyś, u nas. Na razie szykujemy się do święta parafialnego, na które zapraszamy.

A fotki tutaj



Buziaki

poniedziałek, 23 listopada 2009

Powrót:)

Udało nam się zdrowo powrócić na ojczyzny łono:)

Ale na zdjęcia jeszcze chwilę trzeba zaczekać, bo strasznie ich dużo:)

PozderQ

czwartek, 19 listopada 2009

Petronas Towers

Dziś wreszcie udało nam się zwiedzić te głupie wieże. Musieliśmy w tym celu wstać o 6 rano, żeby w kolejce odstać godzinę i dostać bilet na 9.45.

Wieża jak wieża - byśmy powiedzieli, widok wcale nie powalający. A do tego taka dawka propagandy, ze głowa boli. W pierwszej części w sali kinowej był film 3D o Petronas - myślałam, że o wieżach, a to była 10 minutowa reklama firmy Petronas. Propaganda jak za komunizmu, tylko w nowszej technologii.

Lepszym wydarzeniem dnia był nasz obiad w jakiejś knajpie na ulicy, gdzie jedli sami lokalni, na stole stal dzbanek z woda do umycia rak, a jedliśmy rybę smażoną na grilu na ulicy. Kwintesencja tutejszości:)

Wczoraj za to przeżyliśmy kolejne wydanie programu Mann i Materna przedstawia - czyli wspólną imprezę z Apu i Chrisem. Tym razem Apu przygotował wegetariańskie danie jednogarnkowe, było super.

Dziś już jak widać zbieramy się do wyjazdu, za chwilę lecimy się pakować.

Jak zwykle prosimy o trzymanie kciuków:)

PozderQ

A&D

środa, 18 listopada 2009

Melaka

Wczorajszy upojny wieczór zakończyliśmy imprezą z Chrisem i Apu, który dla nas gotował. Apu to kolega Chrisa, wcześniej "father's drinking partner". Ale naprawdę miły i dobry człowiek, przynajmniej sprawia takie wrażenie:). Wczoraj zrobił dla nas chilli z indyka - niby średnio ostre, ale jak dla mnie jeść się nie dało. Czekałam na to cały dzień, ale ledwo zmęczyłam jedna porcję, masakra. Co gorsze, ostre potrawy bolą nie tylko jak wchodzą, ale, przepraszam za fizjologię, również jak wychodzą. W dodatku nie można ich wtedy popić:) Od piątku jemy niesolone warzywa na parze;)

Siedzieliśmy w sumie do jakiejś nocy, pijąc drinki z tequili, zasypiając na siedząco (to niektórzy) i gadając o zniewoleniu trzeciego świata i zdobywaniu komunistycznej Pragi przez Apu.

Ranek był trudny - wstanie o 6 rano to prawdziwe wyzwanie. Ale wybieraliśmy się do Melaki, starego, nadmorskiego miasta na zachodzie półwyspu. Autobus jechał jakieś 2 godziny i znów mieliśmy okazję odwiedzić dworzec autobusowy. Czy już wcześniej o nim wspominałam? Prawdziwa Azja, i wolny rynek - ponad 70 kiosków rozmiarów 1.5 x 1.5 m, wszyscy krzyczą, wciskają bilety, dopytują, gonią - aby tylko zapisać cię na swój autobus. Poza tym duża hala z jedzeniem, krzesełka jak w wielkiej, szkolnej stołówce - do wyboru do koloru, choć wieprzowiny chyba byśmy nie znaleźli...

W Melace okazało się, że dworzec jest daleko, więc wsiedliśmy do empeku. No empek normalnie z czasów lat 70, być może, może i starszy. Klimatyzacja naturalna oczywiście (co po autobusie, gdzie okręcałam się dwoma kurtkami, żeby nie zamarznąć, stanowiło miłą odmianę:).

Na głównym rynku w Melace od razu napadli na nas woźnice riszkowi - 40 rubli za godzinę. Ale dobrze, że się nie zdecydowaliśmy, bo zostałoby nam mało czasu. Więc tylko obejrzeliśmy pstrokate, ozdobione sztucznymi kwiatami riksze, z zainstalowanym radiem grającym tutejsze disko polo na cały regulator, i pobiegliśmy zwiedzać miasto.

Miasto bardzo ładne, znane z domów pomalowanych na czerwono - i bardzo ekumeniczne - obok siebie meczet, świątynia hinduistyczna, buddyjska, i wielowatkowa (sory, ale nie wiem co to za świątynia, wielowątkowa??? - Ewa - to taka, ktora jest i dla hinduistow, i dla buddystow i dla czcicieli innych bostw - Ania). Jak już je zleźliśmy wszystkie, to zajrzeliśmy do sympatycznego sklepiku, gdzie udało nam się zostawić trochę rubli. Wróciliśmy tam też za drugim razem po batikowy obrus - przy okazji pan wyjaśnił nam, jak się robi batiki (podobnie jak pisanki - najpierw woskiem stempluje się wzór, a potem tkaninę zanurza się w farbie). No więc zakupiliśmy piękny, bordowy obrus do kolekcji.

Potem biegiem poszliśmy na tzw. Eye on Melaca - dużą, pionową karuzelę, z której podziwiać można widoki na miasto i pobliską zatokę. Po 4 kołkach pobiegliśmy dalej szukać czegoś do jedzenia i przypadkiem natknęliśmy się na wieżę widokową, która się obraca. Wygląda to jak duży talerz, który najpierw zabiera gości z dołu do góry, a potem obraca się wokół własnej osi. Było super! Daniel wykminił jeszcze basen z wysoką trampoliną, która wyraźnie go kusiła, ale niestety pobiegliśmy dalej.

Jedliśmy tym razem rybę, którą najpierw wybraliśmy w kawałku z zamrażarki przed nami:). Ryba super, poprawiona dwoma porcjami wyciskanych soków - uwaga - ku zazdrości - melonowego, ananasowego i jeszcze dwóch, których nazw nie znam po polsku. Po 1.5 rubla za sztukę:)

Zdążyliśmy jeszcze obejrzeć jakieś ruiny i koniecznie musieliśmy zobaczyć stary holenderski fort. Pan w autobusie był niezmiernie uprzejmy, chciał nas podwieźć bliżej fortu, niż był przystanek, wiec wysadził nas na środku skrzyżowania. Fort okazał się mały i nudny.

Najciekawsze było jeszcze przed nami. Wróciliśmy na przystanek, który stal przy jednokierunkowej drodze złożonej z dwóch pasów. Przy czym autobus, który jechał z prawej, jechał pasem dla nas zewnętrznym (prawy). Drzwi w autobusie są z lewej, więc nie mogliśmy wsiąść jak w Polsce. Zaczęliśmy machać na autobus, ale ten tylko trochę zwolnił, ciągle jadąc po zewnętrznym dla nas pasie. No więc my za nim biegiem, przez sznur samochodów na pasie obok nas, wsiedliśmy w biegu - ja nie wiem, czy oni tam zawsze tak podróżują? Dobrze, że mi jakiś nissan w tyłek nie wjechał w trakcie tej operacji...

Zakończyliśmy wycieczkę w vip autobusie (to niechcący tak wyszło, za 12 rubli tylko) - który miał po 2+1 siedzenia w jednym szeregu - wiec siedzenia były mega szerokie i wygodne.

Dziś kolejny wieczór z Apu i Chrisem - tym razem Apu ma nam ugotować coś wege. Jutro znów wstajemy o 6, żeby zdążyć po bilety na te cholerne wieże. Jak ich nie będzie, to przychylę się do zdania Chrisa, ze ten, kto je wymyślił, to popapraniec:)

Jutro też wylatujemy do Polski - o 23.40 tutejszego czasu. Gdyby się już nam nie udało nic napisać, prosimy o trzymanie kciuków, a znajomych kontrolerów lotów o zwrócenie uwagi na kropkę lecącą nad Ukraina i Polska z Kuala Lumpur do Amsterdamu.

I jeszcze: przepraszam za wszystkie nieścisłości, skróty myślowe, literówki, niedokończone wątki, błędy gramatyczne, które tu i w starych postach poczyniłam.

Pozdrawiamy z krainy wiecznych 30 stopni C. Buziaki:)

wtorek, 17 listopada 2009

Znowy wyspa, znowu Kuala, motyle i ptaki

Wczoraj, zanim wróciliśmy do Kuala, jeszcze raz udaliśmy się na rajską wyspę. Było... rajsko:). Cudowne widoki, woda, ryby - nieziemsko.

Od wczorajszego wieczora jesteśmy w Kuala, a dziś rano zajęliśmy się zwiedzaniem miasta. Poszliśmy do Ogrodów Jeziornych - dużego parku wokół sztucznego jeziora. Park jest super - duży, ładny i dobrze zorganizowany.

Ale wydarzeniem dzisiejszego dnia była nasza wizyta na farmie motyli i farmie ptaków - gdzie na "wolności" można podziwiać jedne i drugie zwierzęta. Dodatkowa atrakcją było pokazowe karmienie orłów, a także podgląd wykluwania się kurczaków w inkubatorze;). Zrobiliśmy chyba z 200 zdjęć, nie wiem, kto to wszystko obejrzy;)

Teraz jesteśmy u Chrisa, jest z nami Apu - kolega, który gościł już na kolacji u cioteczki - i gotuje dla nas indyka curry w szybkowarze - którego obsługi ja jestem ekspertem:) Hehe:)

Jak widać, największy problem z internetem jest w samym Kuala, bo Chris nie ma netu w domu. Wiec kończę, bo mnie gonią:(

Jutro - Melaka!

niedziela, 15 listopada 2009

W gorących (zimnych) zródłach

Dziś bardzo dużo (zdecydowanie za dużo) czasu spędziliśmy na dojazdach.

Zaczęło się od tego, ze autobus spod złotych tarasów nas nie zabrał, bo nie było miejsc (do złotych tarasów, obok których jest hotel, w którym mieszkamy, jeździ z centrum miasta autobus). Zostaliśmy na lodzie - 35 stopniowym upale.

Daniel jednak wywiedział się, że jest tez jakiś city bus - którym można dojechać do centrum. Oczywiście z tutejszą manią dokładnego tłumaczenia, pani powiedziała "outside" - czyli "na zewnątrz" - i tyle. Wiec najpierw staliśmy pod złotymi tarasami (czyli pod galeria), ale po kwadransie doszliśmy do wniosku, że może chodzić też o ulicę przed galeria. Daniel już się wkurzył, ze autobus właśnie odjechał - ale to była zmyła, bo oni tu jeżdżą odwrotnie (czyli po lewej stronie) - wiec ten, co odjechał, był nie nasz:). Potem udało nam się złapać właściwy autobus do centrum, totalnie zatłoczony, ale jakoś się zmieściliśmy. Znów naturalna klimatyzacja:). Niestety ten autobus z kolei dowiózł nas w nie wiadome dla nas miejsce. W połowie drogi w mieście Daniel zapytał o "Merdeka" (to nazwa placu, na który mieliśmy dotrzeć). Pan powiedział, że pokaże, ale do końcowego nie pokazał.

Końcowy był na dworcu autobusowym, gdzie jest prawdziwa Azja - milion ludzi, upał, tysiąc autobusów, wszyscy coś krzyczą i ładu dojść nie można. No więc wysiedliśmy i pytamy dalej o tego merdeka. Każdy wskazywał co innego - w końcu wsiedliśmy do city busa numer dwa. Już w autobusie okazało się, ze jest plac Merdeka i coś jeszcze merdeka - bo merdeka to po tutejszemu niepodległość, wiec jest wiele miejsc imienia niepodległości.

Na wszelki wypadek więc wysiedliśmy na kolejnej przecznicy z city busa, bo wydawało nam się, że skręca, a to nam nie pasuje. Oczywiście nie skręcał:(

Więc po kwadransie marszu wreszcie udało nam się dotrzeć na miejsce docelowe - plac, z którego odjeżdżają autobusy do Parku Narodowego Kinabalu - około 100 km od KK (Kota Kinabalu - miasta, w którym teraz jesteśmy). Udało nam się przedrzeć przez szeregi taksówkowych naganiaczy ("helo", "Sir", "Heeelooool" itd.). Dorwał nas jakiś pan z busika, i już mieliśmy zaklepane miejsce do parku.

Busik znów był dość naturalny - otwarte okna, a siedzenia jak w osinobusie (kto wie, co to jest?). Kiedy już dotarliśmy do parku (2 godziny jazdy) okazało się, ze gorące źródła, do których jedziemy, nie są w parku, ale w miejscowości 40 km od parku. Całe szczęście nasz bus tam jechał, więc kolejne 40 minut spędziliśmy w tym samym środku transportu.

Jak już szczęśliwie dotarliśmy do zajezdni w miejscowości, gdzie miały być źródła, okazało się, że to jeszcze 18 km - a ponieważ była już 13.00, a ostatni autobus był o 17.00, nie mieliśmy wyjścia, jak wziąć taksówkę. Za 50 rubli w obie strony. Spoko - połowa pewnej kolacji:)

Jak już dojechaliśmy do gorących źródeł, Daniel z rozpędu zapłacił naszemu kierowcy - i przez kolejne 3 godziny zastanawialiśmy się, czy po nas przyjedzie, czy oleje sprawę:).

Pierwszym obowiązkowym dla nas punktem był spacer specjalną ścieżką w koronach drzew, z której można podziwiać widok dżungli z góry. Ścieżka naprawdę pomysłowa i bardzo fajna. Sam park super komercyjny - trzeba płacić za wszystko - za wejście do parku, za wejście na ścieżkę, za aparat foto, za wejście na basen itd.

Jak już wróciliśmy ze ścieżki uderzyliśmy na gorące źródła - jakież było nasze zaskoczenie, kiedy źródła okazały się zimne! Najzimniejsza woda, w jakiej do tej pory się kąpaliśmy w Malezji! Ale spędziliśmy urocze 1,5 godziny lansując się w basenach.

O 16.00 nasz kierowca cale szczęście się objawił i zabrał nas do Redan, gdzie już czekał na nas nasz zaprzyjaźniony busik. Po kilkunastu kilometrach udało nam się kupić na przydrożnym targu banany i mandarynki, bo w tym całym rejwachu nie zdążyliśmy zjeść obiadu - a zapasy krakersów i czekolady poszły w czasie podroży "tam".

Droga się przedłużyła, bo były ulewy i zalało drogi. Ale nasz super miły kierowca, który był pod wrażeniem naszej podroży środkami komunikacji publicznej (ciągle powtarzał "public") zawiózł nas z centrum miasta do złotych tarasów - gdzie jest nasz hotel. To jakieś 8 km! I nie chciał za to kasy!

I znów okazało się, że mieszkanie w galerii handlowej ma swoje bezdyskusyjne plusy. Po pierwsze, żywność dostępna do 22.00 - udało nam się zjeść miłą chińską kolację. Co prawda znów w ramach warzyw było jakieś zielsko, ale przynajmniej dobrze przyprawione:). A teraz Daniel z czystym sumieniem porzucił mnie w kafejce internetowej (za 1.5 rubla za godzinę!!!) - i poszedł przyłożyć głowę do poduszki. No wiec to kolejny plus mieszkania w supermarkecie. Jeśli dodać do tego dostępność dużego sklepu typu Auchan i możliwość wyjścia doń w kapciach - cóż, powinni bloki mieszkalne robić w galeriach handlowych:)

Niestety jutro koniec tych wypasów - rankiem skoczymy jeszcze na wyspę, jeśli pogoda dopisze, a o 18.00 wracamy do Kuala, do Chrisa, który już za nami tęskni.

Trzymajcie kciuki:)

sobota, 14 listopada 2009

Paskowane rybki

Atrakcją dzisiejszego dnia były paskowane rybki, które oglądaliśmy na żywo na wyspie, na której byliśmy.

Około południa udało nam się dostać na jedną z 5 wysp, które leżą tuz obok Kota Kinabalu - miasta, w jakim teraz jesteśmy. Wyspa służy głównie do pływania z rurka - większość osób przyjeżdża tu ze swoim sprzętem podziwiać podwodne życie. Wyspa nie jest duża, ale ma piękne, rajskie plaże - z żółtym piaskiem, błękitną wodą i palmami, zwieszającymi się tuż nad woda. Krajobrazy naprawdę super.

Do obserwacji rybek wystarczą zwykłe okulary pływackie - nie sądziłam, że mi się uda coś podejrzeć, ale rybki są jakieś spokojne albo oswojone i nie uciekają przed intruzami. Oczywiście w określonych granicach.

Przesiedzieliśmy na wyspie kilka godzin, grzejąc się w gorącej wodzie i w cieniu obok. Oczywiście jesteśmy teraz na maksa zjarani, mimo że siedzieliśmy w cieniu. Bo słońce świeci też pod wodą:)

Niestety końcówka naszego pobytu na wyspie była bardziej hardkorowa - akurat, kiedy siedzieliśmy na łódce, zaczęło strasznie padać. Skutkiem czego krople deszczu siekły nas po twarzy jak kryształki lodu i zmokliśmy. Nie było to jednak takie złe, mieliśmy kurtki i deszcz był bardzo ciepły. Niestety w autobusie do hotelu, który godzinę krążył po mieście, była ustawiona... klimatyzacja. Chyba na 18 stopni - wobec czego dziko zmarzliśmy (mieliśmy mokre włosy i częściowo ubrania).

Teraz zjedliśmy w centrum handlowym i zaraz będziemy się dogrzewać siemianowskim specyfikiem procentowym:).

A jutro - gorące źródła i park narodowy.

Trzymcie kciuki:)